Coaching to zajęcie luksusowe – wywiad z Robertem Kroolem dla Businessman.pl

Robert Krool – laureat tegorocznego wyróżnienia redakcji Businessman.pl – Master Mentor, jeden z najbardziej wpływowych i dyskretnych mentorów w naszej części świata – mówi o tym, dlaczego coaching to zajęcie luksusowe.

COACHING TO ZAJĘCIE LUKSUSOWE

Obserwujemy nadprodukcję „guru”, a mnóstwo osób ogłasza się w mediach społecznościowych, na wirtualnych scenach oraz w publikacjach elektronicznych. Dlatego pogubiony, zapracowany przedsiębiorca czy decydent ma problem w odróżnieniu mistrzostwa od objawienia tzw. snu wariata.

Jak wygląda polski rynek szkoleń biznesowych?

Obserwacja współczesnej ekonomii „nabyj-użyj-wyrzuć” doprowadziła wiele ośrodków badawczych i edukacyjnych do zatrzymania się nad zjawiskami bezwiednego oszustwa oraz marnotrawienia energii odbiorców, ale i kreacji nadawców na tzw. śmieciowy marketing. Aktualnie rzucają się nam w oczy już nie tylko skutki zaśmiecania nas zbędnymi słowami, szkoleniami, ale także towarami, i ich licznymi kapłanami, jak również zaczynamy dostrzegać – skrywane przez kilka dekad – przyczyny tych zagrożeń dla naszej przyszłości. Są to: brak umiejętności długofalowego myślenia i analizy konsekwencji po stronie decydentek i decydentów oraz brak poczucia wspólnoty i solidarności ludzkiej u blisko połowy społeczeństwa.

Dla kogoś, kto zajmuje się zawodowo mentoringiem to chyba jednak wymarzona sytuacja?

Przekładając ten brak kompetencji i też wadę w postawie, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z co raz bardziej popsutym światem i bezradnym rozglądaniem się za nie do końca oczywistym „serwisantem” dla tej usterki. Zdaje się niestety, że nie mamy za dużo szkoleń biznesowych z tych dwóch ww. dziedzin, a jeśli już, to są one niszowe lub traktowane jako cuda na kiju. Być może niebawem – mam taką nadzieję i czynię w tym kierunku starania – nastanie moda na nie, podobnie jak z coachingiem, przywództwem i uważnością. Te trzy tematy zostały tak zdewaluowane w ciągu minionych 15 lat, że pozostał im już tylko śmieciowy on-line.

Dlaczego śmieciowy?

Moim zdaniem jeśli chodzi o szkolenia biznesowe, to treści pozycjonowane on-line, czyli na YouTube i w mediach społecznościowych, to odpowiednio:  30 proc. – treści nadające się na rozgrzewkę dla osób początkujących; 20 proc. – mniej lub bardziej marketing obiecujący gruszki na wierzbie; 50 proc. – sofizmaty, komunały i epifenomeny, czyli śmieciowe opinie i poglądy, niemające nic wspólnego z biznesową wiedzą. Do tego wszystkiego czołowa strategia w kanale on-line to popularność, liczba odsłon, followersów, lajków etc.

Natomiast mój świat, off-line’owy, stawia na reputację. Tu liczy się realny problem, realny zespół zawodników i jego konkretne wyzwania, umowy, zlecenia oraz faktury. A nie lajki czy komentarze kibiców… to są śmieciowe wartości. Osobiście cieszę się, że renesans przeżywa ostatnio wiedza z zakresu bezpieczeństwa, kryptologii, logiki oraz sztuk aktorskich. Te dziedziny mają przemożny wpływ na eliminację ww. dwóch braków w naszej przyszłości, a pamiętajmy, że większość użytecznych ćwiczeń terapeutycznych pochodzi z warsztatu aktorskiego.

Czym zatem wyróżnia się profesjonalny coaching biznesowy ?

Obserwujemy od jakiegoś czasu nadprodukcję „guru”, a mnóstwo osób obwieszcza się nimi w mediach społecznościowych, na wirtualnych scenach oraz w publikacjach elektronicznych. Otrzymujemy też wiele wskazówek, wyliczanek, czym winno się charakteryzować nadprzyrodzone objawienie talentu mistrza, jego postawy, wiedzy a czym zwykły szwindel… Ale czy pogubiony w sprawach, zapracowany w swej codzienności przedsiębiorca, decydent, człowiek może odróżnić mistrzostwo od objawienia tzw. snu wariata…? Intrygującą odpowiedź w związku z tym dylematem proponuje francuski pisarz i poeta Edmond Jabes: „: „…zapytano rabina: po czym poznać, że ktoś jest mistrzem…? – Po kolejności stawianych pytań”. Wejdźmy więc w archetypy tych słów, bo ta nowomowa może być uwodząca i prowadzić na manowce, znowu marketingu i wizerunku: profesjonalny – zawodowy, żyjący z tego; coaching – przewożenie z punktu a do punktu b, a w ujęciu usługowym osobisty trener; biznesowy – czerpanie pożytków z tego, co się robi/wymyśla.

Czyli mamy do czynienia z więcej niż trzeba dziedzinami.

Dokładnie. Jest to wiedza i zbiór umiejętności międzywydziałowych, używając języka akademickiego. Do tego wszystkiego dochodzi, że coach nie jest pojęciem zawodu, a zajęciem i tym samym usługą luksusową, albowiem nie ma nic wspólnego z tzw. pierwszą potrzebą. Ani nawet z drugą… Warto, by osoby, które zaczynają parać się tym zajęciem lub planują wykonywać je zarobkowo, zdawały sobie z tego sprawę. Bo jeśli nie masz zawodu, nic nie zrobiłeś i chcesz sobie zrobić markę jako coach, to twój rachunek prawdopodobieństwa będzie okrutnie wredny, a wręcz beznadziejny… Innymi słowy, profesjonalny coaching biznesowy – ta rola wyróżnia się trzema kryteriami: towarzyszy rozumnie, nie ingeruje w zdarzenia i nie zajmuje stanowiska wobec spraw klienta; zapewnia chłodny rozum dla gorącego serca i sytuacji, w jakiej znalazł się klient; syntetyzuje przeżycia klienta i pomaga zmienić je na wnioski lub kryteria. Znam lekarzy, prawników, inżynierów, artystów, biegłych rewidentów, pedagogów, którzy świetnie sprawdzają się w zajęciu, w roli coacha, gdyż: a) mają zawód i na czymś się znają, b) mają już doświadczenie w pracy z drugim człowiekiem, c) wiedzą, że coaching to zajęcie luksusowe, dodatkowe i nie można przeginać z jego ceną. Pamiętajmy, że godzina wysokiej klasy masażu relaksującego w topowym SPA nie kosztuje więcej niż 120 euro i proszę zwrócić uwagę, jakie są nakłady, koszta tego luksusu po stronie oferenta… Wizyta u lekarza specjalisty, praktykującego profesora z wieloletnim stażem, nie kosztuje też więcej, nawet jeśli trwa godzinę…

Podkreśla Pan wagę reputacji. Czy w przypadku mentora ma ona wpływ na liczbę chętnych do skorzystania z jego usług?

Rola mentora zasadniczo różni się od roli coacha. Mentor to rola bardziej wymagająca, stawiająca konkretne warunki wobec kandydata, a są to: wiek 45+, min. 15 lat doświadczeń, trudnych decyzji, zmian w karierze, znaczących projektach; aktywność zawodowa na polu naukowym, gospodarczym, społecznym, sportowym, politycznym lub biznesowym itp., specjalizacja i dorobek autorski. Jeśli te warunki są spełnione, mentorat można znowu sparametryzować kryteriami. W naszej pracy obowiązuje jedna zasada: produktem nie jest raport z usługi, lecz decyzje. Podjęte lub namierzane. To raz. A dwa, diagnostyka kompetencji użytecznych dla danej sprawy, biznesu, decyzji. Ogólnie sytuacji, w jakiej znajduje się dany decydent na polu kompetencji intelektualnych oraz emocjonalnych. Wreszcie trzy. Definicje barier klienta. Co go trzyma w miejscu, od czego ucieka, co ukrywa, czym się uwodzi… C.G. Jung sugerował, że kto szuka na zewnątrz, ten śni, a kto szuka w środku – budzi się. Stąd mentor jest co do zasady dla klientów budzących się lub zwyczajnie przebudzonych, jeśli chodzi o obecność w rzeczywistości. No i teraz mogę spokojnie odpowiedzieć na zadane pytanie: reputacja powoduje, że chętni sami się zgłaszają, ale to nie zmienia faktu, że połowa zainteresowanych nie jest gotowa… albo jest za wcześnie, albo za późno. No i tyle.

A kto chętniej korzysta z Pana usług – ci, co aspirują do wysokich stanowisk czy ci, co z nich spadli?

Pracuję z klientami nawet po 20 lat… kiedyś aspirowali, teraz troszczą się o sukces. I to mój obszar wsparcia. Jest tylko kilka osób, które – jak pamiętam – spadły  z drabiny hierarchii w firmie, odeszły, ale – co istotne – nie przestały się na czymś znać. Muszę zauważać, że upadki się zdarzają, wtedy potrzebna jest rzeczowa analiza i rehabilitacja, bo są urazy. Jeśli się tego nie zrobi, to taki upadek się powtórzy, a to może zakończyć się już katastrofą. Katastrofa zaś to rozpad i defragmentacja. Tu już nie ma czego zbierać… jedyne, co można wtedy uczynić, to wejść w proces tworzenia czegoś nowego i to jest poważnym egzaminem, jaki funduje nam życie. I właśnie aby taki proces przeżyć świadomie, trzeba przejść tak jak przez żałobę, spełnić wymogi rytuału, ale i ukryte potrzeby człowieka, te nieświadome. Odejścia, zamknięcia, rozstania, śmierć, są trudnymi sytuacjami, sprawdzianami, ale wpisują się w trzy archetypy naszego żywota: nagroda, sprawdzian, nauka. Ci właściwi, co przychodzą do naszego ośrodka mentoratu, nie przychodzą po nagrodę… lecz po doświetlenie przeżytej nauki lub przeczuwają nadciągający sprawdzian od życia.

Wiele polskich firm powstało w okresie przełomu, czyli niemal trzy dekady temu. Teraz ich twórcy borykają się właśnie z poruszonym przez Pana problemu sukcesji. Czy sięgają w związku z tym po pomoc ekspertów z dziedziny doradztwa biznesowego?

Patrząc na młode pokolenie i już blisko połowę starszej generacji przedsiębiorców, decydentów, coraz dobitniej dostrzegamy lub wyczuwamy, że coś się dzieje nie tak. Połączenie tych obserwacji albo wrażeń mogłoby dać taki zestaw pojęć: nadmiar – powierzchowność – jednorazowość. Dostrzeganie przejawów inicjatywy obecnie zasadza się na wątpliwych w skutkach – acz bardzo popularnych – fałszywie dodatnich, powierzchownych projektach, jak np.: zróbmy kampanię/happening/event/projekt w związku z ochroną drzew + zaprojektujmy/zróbmy ulotkę promocyjną + zamówmy ładny druk ulotki = zetnijmy drzewo/ale lepiej nie myślmy i nie mówmy o tym… Ten nieoczywisty typ gospodarki popularnej – o czym alarmują polscy socjologowie jak Tomasz Szlendak z Torunia – z jednej strony powoduje u blisko połowy społeczeństwa „niedotyczyzm”, ale i równolegle „niezdecydowanie”. Ciekawostką jest, że zadając starszej generacji decydentów ważne życiowo pytania, blisko 50 proc. odpowiedzi jest ogarniana takim zestawem: nie wiem; trudno powiedzieć; nie mam zdania. No i teraz odpowiadając na pytanie: połowa nie sięga po pomoc, a z drugiej połowy sprawczość, tzn. zdolność do wykonania pracy przez rodzinę w zakresie sukcesji, wynosi ledwo 3 proc. … zaskoczenie, prawda? Lepsze okoliczności panują w warunkach nierodzinnych, sukcesja z punktu widzenia zarządu, tam odnotowujemy sprawczość na poziomie 15 proc. W skrócie: jak widać, w większości przypadków sukcesja nie jest wykonalna…

Wśród managerów wysokiego szczebla coraz więcej jest tzw. millenialsów. Czy mentoring w ich przypadku jest inny od tego skierowanego do ludzi ze starszego pokolenia?

Codzienność młodszego pokolenia to zestaw niepokojących, spłaszczonych, asekurowanych i wyrywkowych przeżyć spod znaku „do pierwszego bólu” i odpuszczam. Bo życie jest zbyt trudne, a nie na wszystko jest apka… że zacytuję mojego wspólnika, dr n. med. Jarka Sikorę. Linearność tego zjawiska oraz niestety promocja wiary w interfejsowo, powierzchownie pojmowaną edukację, prowadzą do zachowań przypominających „uzależnienie alkoholowe”. Osoba uzależniona jest przekonana, wierzy, że alkohol rozwiąże wszystkie jej problemy… Statystyka coraz dobitniej pokazuje nam stan umysłu dziesiątek tysięcy studentów, absolwentów: o wszystkim słyszałem, znam mnóstwo detali, jednak niczego nie umiem sam wymyślić ani sam zrobić… Mamy coraz gorszy wskaźnik sprawczości wśród młodzieży , tym samym coraz więcej osób deklarujących sprawczość, a coraz mniej tych, które ją czynią.  Dlaczego? Bo nie umieją… Problemy millenialsów, jakie widzimy my mentorzy, to: nieświadomość karmienia w sobie skolonizowanego rozumu, słaby kontakt z samym sobą, zewnątrzsterowalność, płytko osadzony korzeń w relacji rodzinnej, a jak wiadomo, takie rośliny nie są mocne… Naturalnie definicje potrzeb, czy też problemów, z jakimi się pojawiają w naszych ośrodkach millenialsi, są zgoła przeciwne. I może tak powinno być…

Prowadzicie Liceum LifeSkills, centrum sukcesji, Maturę Wysokich Lotów – Kurs dr Sikory właśnie dlatego, że dostrzegacie te problemy?

Naszym zdaniem edukacja przyszłych pokoleń będzie tam wartościowa, gdzie buduje się ją na trzech ważnych dla naszych spraw filarach. Po pierwsze: wrażliwość na wspólnotę ludzką, przede wszystkim w wymiarze mikroekonomicznym, a dopiero potem w skali makro – potocznie priorytetem są nasze/moje sprawy i potrafimy je odróżniać. Po drugie: na mądrości wobec uznania rzeczywistego wpływu dzisiejszych decyzji na „nasze jutro” i naszą wspólną przyszłość – potocznie chodzi myślenie strategiczne trzy ruchy do przodu. Po trzecie: na realnie dotykających przeżyciach, rozwijających kompetencje emocjonalne – potocznie chodzi o wrażliwą uważność na siebie i bliskich.

A czy kryzys wieku średniego, który dopada top managera, też jest powodem do sięgania po wsparcie mentora?

Mamy coraz więcej skolonizowanych rozumów w społeczeństwie, które nie wiedzą ani czego chcą, ani co jest ich sprawą, a co obcą… tu kryzys wieku średniego zbiera największe żniwo, również wśród kobiet. Pojawiają się wyliczanki cech idealnych przywódcy, żony, męża, szefa… klientomania w skrócie wali po łbach do upadłego. Ale i jest druga warstwa. Mężczyźni żyją obecnie dwukrotnie dłużej niż 200 lat temu, i dłużej zachowują witalność. W sumie nie bardzo wiadomo, czy dla nas facetów to nowa sytuacja w biologii naszego organizmu, czy też objaw coraz późniejszego dojrzewania. Tak, zdarzają się takie sytuacje w naszej pracy, stąd dobrze, że pracujemy we dwóch, bo Jarek Sikora jest lekarzem. Jego kompetencje pomagają w szybszym rozpoznaniu… Jeśli udaje się nam obnażyć realne powody stanu rzeczy – czyli klient był gotowy na proces – to udaje się ustalić zawsze jedną i tę samą przyczynę: zbyt długie zajmowanie się cudzymi sprawami/wizjami/projektami i tym samym pozostawienie swoich spraw samopas. A sprawy pozostawione same sobie mają się – jak wiadomo – coraz gorzej… do takich spraw należą relacje z samym sobą, z mężem, z żoną, dziećmi, rodziną… A czym jest klientomania w takiej sytuacji? Oczekiwaniem na profesjonalną pomoc, zamiast samowystarczalności; uzależnieniem od cudzych pieniędzy, zamiast robienia czegoś „swojego” dla siebie i swojej rodziny/wspólnoty; kupowaniem rozrywek, chwil i cudzych marzeń, zamiast wypracowania własnej podróży przez własne życie…


Z pamiętnika master mentora, czyli Roberta Kroola…

…NAJBARDZIEJ SPEKTAKULARNE I EFEKTYWNE SZKOLENIE

miało miejsce w jednym projekcie restrukturyzacji przedsiębiorstwa. Podam kilka ciekawych liczb. Trwał on 30 miesięcy. W tym czasie miałem wpływ na decyzje strategiczne, prowadziłem narady, niektóre szkolenia i sesje indywidualne dla decydentów. Liczba wyłonionych spółek z jednej spółki matki: 12. Z drugiego i trzeciego szeregu kierowników obsadzono wszystkie zarządy nowych spółek – 30 osób, bez udziału ludzi z zewnątrz. W spółce matce zarząd pozostał jeszcze przez wiele lat czteroosobowy. W efekcie całego projektu zrodziło się 11 nowych małżeństw, przeprowadzono 8 rozwodów, urodziło się około 20 dzieci wśród kadry zarządzającej. Nie odnotowaliśmy żadnego zgonu. Ani odejścia jeszcze przez kilka lat po zamknięciu projektu. No i sprawa stricte biznesowa. W trzecim roku od zmian oczekiwano zwiększenia przychodu z liczby 1 na 2,5. Tak było, lecz znana ze spółki matki dochodowość uległa podwojeniu… Tu muszę dopowiedzieć, że była to polska ekipa, która ceniła dwie wartości: wspólnotę i dość dokładną kalkulację scenariuszy rozwoju rynku, nie ograniczając się tylko do swojej branży… z tamtego projektu pochodzi 3 obecnie znanych interimów, którzy wykonują rzetelną robotę, tak samo jak wtedy za moich czasów.

…NAJBARDZIEJ ZASKAKUJĄCE SZKOLENIE

Z Jarosławem Sikorą pisaliśmy ostatnią książkę pt. „Na okruchach uważności” blisko cztery lata temu. Daliśmy się przekonać zagranicznym kolegom do pomysłu, by była ona jednocześnie pretekstem do scenariusza sztuki. Stąd w niej tyle dynamicznych dialogów, które podkreślił w recenzji Wojciech Eichelberger. Wyreżyserowanie tego przeze mnie, jako monodramu, było iście męskim wyzwaniem, i miało kilka twardych barier. W ich pokonaniu życzliwie pomagali mi teściowie, emerytowani pedagodzy, zawodowi aktorzy oraz osobista narzeczona Magdalena Czarnota, specjalista od emisji głosu i ruchu scenicznego. Przypuszczam, że właściwym zapleczem było minione 30 lat na scenie argumentacji publicznej, ale również teatr improwizacji, z jakim zacząłem eksperymentować od 16. roku życia. Jarosław Sikora zaś cierpliwie znosił moje liczne próby, kombinacje, zmiany i apiać od nowa oraz nakazywał z godnością bardziej dbać o siebie, czyli mniej ćwiczyć, a więcej odpoczywać. Dobrze, że jest lekarzem, bo tak bardzo przejąłem się premierą w maju 2015 r., że pochorowałem się jak dziecko i podczas spektaklu premierowego byłem piąty dzień na antybiotyku. Od premiery Sztuki Właściwych decyzji sporo się zmieniło. Te kilka tysięcy widzów, blisko 30 zagranych spektakli, zmiany w scenografii i scenariuszu oraz, co ważne nasi partnerzy – Dariusz Milczarek i Michał Bukowski z MilczarekBukowskiTrio ze swoimi spektaklami – spowodowali po mojej stronie jakiś rodzaj rozmiłowania się w tym rodzaju mentoringu teatralnego. To intrygująca i zaskakująca forma szkolenia, bo uczy umiejętności obserwacji, przeżywania trudnych momentów i zwraca uwagę na właściwe, nieoczywiste kompetencje emocjonalne oraz intelektualne. Im właśnie służy nasza nowa kategoria Mentoring Theater, do której zapraszam czytelników. Wpisuje się ona w najnowszy trend edutainment, czyli edukacji rozrywkowej.

…NAJWIĘKSZA MENTORINGOWA PORAŻKA

Podczas prowadzenia zamówionego, wewnątrzfirmowego śledztwa gospodarczego nie dostrzegłem, że małżeństwo założycieli firmy jest toksycznym związkiem i uprawia gierki. Ofiarą tych rozgrywek padali różni dyrektorzy, po odejściu zwani złodziejami i darmozjadami. W sumie wyszło na to, że mityczny wąż pożerający swój ogon ma się dobrze, a ja chciałem go zbawić. Nie wiedząc jeszcze, że sadomasochizm może mieć wymiar stricte zarządczy (czytaj bezdotykowy), złapałem za rękę (naturalnie analitycznie i potem ukrytą kamerą) – przepraszam, za ogon – samego węża… Co wąż na to? Oczy wyszły mu na wierzch. Połowa węża obraziła się na mnie. A druga następnego dnia poprosiła, bym wystawił fakturę i uznał sprawę za zamkniętą. Porażką był fakt, że zmarnowałem dwa lata na niewłaściwego klienta i odmówiłem w tym czasie trzem właściwym…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź nasze najnowsze wpisy